„Taki scenariusz rozwoju szkolnictwa wyższego to ostrzeżenie, przed błędnymi decyzjami lub zaniechaniem potrzebnych zmian” 2012-05-17
Rozmowa z prof. Włodzimierzem Okrasą, Top Ekspertem projektu „Akademickie Mazowsze 2030”, autorem opracowania przedstawiającego jeden ze scenariuszy wypracowanych w ramach projektu, pracownikiem naukowych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Ostatecznym rezultatem projektu „Akademickie Mazowsze 2030” są trzy alternatywne scenariusze przedstawiające rozwój szkolnictwa wyższego Warszawy i Mazowsza do 2030 roku dla systemu Gospodarki Opartej na Wiedzy (GOW).

Tematem rozmowy jest scenariuszy pt. „System traconych szans” (Światła odbitego”). Zgodnie z założeniem projektu dot. wielo-kierunkowej wizji szkolnictwa wyższego na Mazowszu, scenariusz ten przedstawia najbardziej niepożądaną alternatywę rozwoju uczelni wyższych, zarówno ze względów na konsekwencje społeczne, jak i gospodarcze, nie mówiąc o konsekwencjach dla samej nauki.

 

Tłem gospodarczym dla spełnienia takiego scenariusza byłaby długoterminowa stagnacja ekonomiczna, wyczerpanie czynników rozwojowych w Polsce – w tym negatywne tendencje demograficzne - oraz peryferyjna pozycja kraju w obszarze innowacyjności i modernizacji. Kluczowymi czynnikami są także zachowanie obecnego systemu finansowania edukacji wyższej oraz spadek nakładów na szkolnictwo wyższe w PKB, ostra konkurencja pomiędzy uczelniami w walce o studenta (wynikająca z niżu demograficznego), itp.

W takich okolicznościach bez odpowiedniej polityki władz oraz otwartości i współpracy środowiska akademickiego, liczyć się należy m.in. z wewnętrzną dezintegracją uczelni wyższych oraz ograniczaniem ich autonomii wynikającym z większej zależności od finansowania z budżetu państwa i związanego z tym zcentralizowanego systemu administrowania nauką.

Scenariusz opisuje także proces inflacji wartości edukacji wyższej oraz konsekwencje niedostosowania się uczelni do wymogów otoczenia gospodarczego.

Uczelnie wyższe nie wykorzystują możliwości współdziałania z otoczeniem lokalnym oraz nie tworzą struktur do transferu wiedzy i technologii do biznesu. Ich międzynarodowa pozycja nie poprawia się.

Szczegółowa prezentacja wszystkich scenariuszy odbędzie się podczas konferencji zamykającej projekt. Planowany termin konferencji – 28 maja br.

 

Ten scenariusz rozwoju szkolnictwa wyższego to bardzo pesymistyczna wizja. Będzie aż tak źle, czy to tylko próba zwrócenia uwagi, że może się tak wydarzyć?
Traktujemy ten scenariusz jako ostrzeżenie, z zamiarem pobudzenia do czujności wszystkie zainteresowane strony. Oprócz pożądanych wizji rozwoju szkolnictwa wyższego chcieliśmy przygotować też scenariusz pokazujący, że przy tych samych warunkach wyjściowych, sytuacja może rozwinąć się w zupełnie niepożądanym kierunku oraz zidentyfikować najbardziej niekorzystne  parametry możliwych w przyszłości wariantów.

 

Na ile prawdopodobna jest realizacja tego scenariusza? Co mówią eksperci projektu?
Jest to z założenia scenariusz najbardziej niepożądany z punktu widzenia oczekiwań społecznych i środowiska akademickiego, ale niestety prawdopodobny. Tak uważa wielu ekspertów zaangażowanych w ten projekt. Niektórzy uznawali go nawet za najbardziej prawdopodobny przy status quo w zakresie istotnych cech kontekstowych i struktur instytucjonalnych - tak wewnętrznych/uczelnianych jak i zewnętrznych/sektorowych.
Z równoczesnym podkreśleniem, iż ze względu na realność zagrożeń ukazanych w tym scenariuszu powinny być one szczególnie wyraźnie akcentowane, dopóki jest jeszcze czas i możliwości, żeby odwrócić taki kierunek rozwoju sytuacji.

 

Które elementy w scenariuszu lub obszary są według Pana najbardziej prawdopodobne?
Obiektywnie najpoważniejszym zagrożeniem o charakterze obiektywnym - to znaczy, traktowanym nie jako możliwy element wizji, ale jako fakt - jest demografia. Polska praktycznie jest międzynarodowym liderem (wśród krajów Unii Europejskiej) w drastycznym spadku liczby ludności, co utrzyma się przez okres przynajmniej bieżącej dekady. Dla szkolnictwa wyższego najbardziej zauważalny będzie oczywiście spadek w grupie wiekowej 18-24, stanowiącej najbardziej naturalną i decydująca o jej liczebności grupę studiujących.

 

Niż demograficzny jest faktem. To jednak warunek wyjściowy również dla pozytywnych scenariuszy. Uczelnie mogą sobie z nim poradzić?
Gdybym pisał pozytywną wizję, to odwołałbym się do takich mechanizmów rekrutacji, które wychodzą poza tradycyjne formuły oraz do takich przykładów zewnętrznych jak Japonia, która również doświadczyła znaczącego spadku wielkości populacji, praktycznie bez zmniejszenia liczebności studiujących. Uczelnie w Polsce mają jeszcze ogromny obszar do zagospodarowania. Mam tutaj na myśli inne grupy wiekowe i kategorie populacji, które praktycznie pozostają poza systemem rekrutacji.

 

Na przykład?
Mamy drastycznie niski poziom udziału w kształceniu wyższym i zatrudnieniu kobiet wychowujących dzieci, przy równocześnie dużo niższych wskaźnikach dzietności i przyrostu  naturalnego niż w krajach o zdecydowanie wyższych wskaźnikach zatrudnienia matek. Mamy osoby niepełnosprawne, osoby starsze, które szukają możliwości przekwalifikowania się, ale poza okazjonalnie organizowanym systemem szkoleń. Mamy osoby mające utrudniony dostęp (w tym, ze względów geograficznych) do kształcenia wyższego, itp.

 

Jaka jest oferta edukacyjna polskich uczelni wyższych dla takich grup populacji?
Generalnie, oferta edukacyjna polskich uczelni wyższych jest w tym zakresie nieadekwatna i praktycznie mało zróżnicowana. Idzie to w parze z brakiem mechanizmów motywujących, zarówno po stronie popytu jak i podaży, przy niedostatecznej infrastrukturze oraz polityce społecznej mało wrażliwej na specyficzne potrzeby kształceniowe wybranych grup populacji.    

 

W których obszarach związanych z edukacją wyższą już teraz dzieje się niedobrze, co może w przyszłości wpłynąć na realizację negatywnego scenariusza?
Ten negatywny scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny nie ze względu na podejmowane działania, ile na zaniechanie działań w sferze szeroko pojętej polityki w stosunku do edukacji wyższej. Potrzebna jest polityka wykraczająca nie tylko poza sektor kształcenia wyższego, ale adresująca kompleksowo kształcenie wyższe jako czynnik rozwoju osobniczego, służącego zarazem rozwojowi gospodarki i jej konkurencyjności w kontekście globalnym. Nowa ustawa tylko częściowo i powierzchownie dotyka tych problemów, na które zwracamy uwagę w scenariuszach. Niestety, to nie jest właściwa formuła adresowania aktualnych problemów na miarę wyzwań stojących przed perspektywicznie ujmowanym sektorem edukacji wyższej.

 

Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym wprowadziła m.in. zmiany w systemie finansowania.  
Nowa ustawa wprowadziła pewne elementy różnicujące uczelnie pod względem pozyskiwania pieniędzy z budżetu państwa, ale to nie są działanie wystarczające. Nasz system finansowania szkolnictwa wyższego ciągle nastawiony jest na ilość, a nie na jakość. Uczelnia dostaje pieniądze na każdego studiującego studenta, wg względnie stałego jednostkowego kosztu kształcenia. Przy spadku liczby studiujących wyrazi się to nie tylko spadkiem ogólnych nakładów na kształcenie wyższe, ale przede wszystkim obniży jego jakość. Przecież koszty rozwoju i utrzymania szeroko pojętej infrastruktury - od laboratoriów poprzez biblioteki i środki nauczania - nie maleją liniowo wraz ze zmniejszeniem się liczby studentów. Paradoksalnie zatem, zamiast przybliżyć się do wyznaczających normy jakości kształcenia uczelni zachodnich (np. takich jak liczba studentów na wykładowcę, dużo niższa niż w uczelniach polskich), odnotujemy pogorszenie się warunków kształcenia i badań w uczelniach. Równocześnie przy tak pojętej polityce finansowania, spadek liczby studiujących będzie prowadził do coraz ostrzejszej konkurencji między uczelniami, ale nie w imię podnoszenia jakości kształcenia.

 

To znaczy?
W tym scenariuszu dostrzegamy sytuację, w której wysiłki uczelni wyższych na rzecz pozyskania studentów koncentrują się na walce konkurencyjnej. Będzie to prowadzić do pogłębienia różnic pomiędzy szkołami wyższymi, przede wszystkim pomiędzy uczelniami publicznymi i niepublicznymi. W efekcie, im bardziej skutecznie blokowane będą przez te pierwsze jakiekolwiek próby dofinansowania studiów niepublicznych z budżetu państwa, tym bardziej te drugie starać się będą przyciągnąć studentów coraz niższymi wymaganiami, przekształcając się de facto w szkoły typu policealnego.

 

I następuje jeszcze większa dewaluacja wartości dyplomu uczelni wyższej?
Następuje wyraźna polaryzacja jakości kształcenia. Z jednej strony mamy kilka warszawskich prestiżowych szkół wyższych (a dokładnie niektóre wydziały tych szkół) zapewniających stosunkowo wysoką jakość kształcenia dla stosunkowo wąskiej grupy studentów. Z drugiej następuje rozkwit nieakademickich szkół wyższych oferujących masowe kształcenie na niskim poziomie. Uczelnie te konkurują między sobą niskim czesnym, starając się przede wszystkim obniżać koszty prowadzenia działalności edukacyjnej, przy prawie całkowitej rezygnacji z aspiracji badawczych i tym samym z przyczyniania się do rozwoju nauki.

 

Jakie mogą być konsekwencje gospodarcze takiej sytuacji?
Scenariusz zakłada, iż generalne obniżenie poziomu edukacji oraz liczby studentów nie pozwoli Polsce dokonać skoku modernizacyjnego. Chociaż równocześnie może wystąpić dopasowywaniu poziomu i profilu kształcenia wyższego do potrzeb rynku pracy, mającego coraz mniejsze wymagania. Brak szans na nawiązanie konkurencji z gospodarkami innowacyjnymi powoduje, że kraj upatruje innych, mniej ambitnych nisz na globalnym rynku.

 

Jakich na przykład?
Następuje obserwowany już rozwój usług opiekuńczo-pielęgnacyjnych dla starzejącego się społeczeństwa Europy, rozwój centrów telemarketingu, centrów logistycznych, centrów usług świadczonych dla międzynarodowych koncernów, rolnictwa ekstensywnego (tzw. ekologicznego), usług transportowych, hotelarskich i turystycznych. Nie są to jednak dziedziny o dużej koncentracji wysoko-kwalifikowanych (knowledge-intensive) miejsc pracy.   

 

Jak w tym scenariuszu zachowują się uczelnie wyższe przy założeniu, że maleje dofinansowanie z budżetu państwa?
Niestety, uczelnie działają w warunkach coraz większej presji finansowej. Autonomia uczelni publicznych zostaje ograniczona zależnością ekonomiczną od finansowania budżetowego. Próby racjonalizacji kosztowej kończą się na zmniejszaniu zatrudnienia w administracji uczelnianej, z równoczesnym przerzuceniem części jej zadań na pracowników naukowych. System zarządzania uczelniami jest niewydolny i mało efektywny. Trudno w nim o zachowanie równowagi pomiędzy liczącymi się z wartościami naukowymi i jakością kształcenia zasadami demokratycznego zarządzania uczelnią, z jednej strony, a  sprawnością i ekonomicznością jej funkcjonowania, z drugiej. Władze uczelni stają się niejednokrotnie „zakładnikami” grup interesów, które ich wybrały.

 

Ale takie zjawisko nie jest raczej czymś nowym? Dużo się mówi o konserwatyzmie środowiska akademickiego, o grupach interesów blokujących zmiany.
Tak, takie zjawiska mają oczywiście miejsce. Tym bardziej, że inercja czy wręcz obstrukcja wobec zmian bywa przykrywana obroną tradycyjnych wartości, takich jak autonomia uczelni i życia akademickiego, bez równoczesnego uwzględniania faktu, iż oznacza to zarazem wzrost odpowiedzialności. Stosunkowo najczęściej uznaje się, że problemu w ogóle nie ma. Tego typu elementy stanowią zagrożenie od-wewnątrz systemu kształcenia wyższego, sprzyjając rozwojowi niepożądanych, czy wręcz patologicznych sytuacji w jego obszarze.

 

A czy nauka w Polsce jest postrzegana jako jeden z elementów wpływających na rozwój gospodarczy kraju?
My nie mamy żadnej klarownej wizji udziału polskiej nauki w strategiach rozwojowych kraju. Pewne dziedziny nauki niezbędne dla rozwoju gospodarczego właściwie w ogóle się nie rozwijają. Jak również praktycznie martwa jest idea współdziałania uczelni z jej otoczeniem biznesowym i administracyjnym w postaci tzw. lokalnych klastrów innowacyjności czy regionów wiedzy. Brak bowiem odpowiednich mechanizmów motywujących do działań o często odłożonej w czasie korzyści, niekoniecznie przy tym bezpośrednio odczuwalnej  przez każdą ze stron włączonych w ich realizację.

 

A kształcimy specjalistów potrzebnych innowacyjnej gospodarce?
W systemie edukacji wyższej kształcimy przede wszystkim prawników, ekonomistów, specjalistów od zarządzania i humanistów, zaś nowoczesna gospodarka potrzebować będzie nanotechnologów, specjalistów od energetyki, biotechnologii, inżynierów „ogólnych”, itp. Zainicjowany niedawno system tzw. kierunków zamawianych wydaje się na razie bardziej kosztowny niż skuteczny – ale nie dokonano jak dotąd jego niezależnej ewaluacji. Dlatego jesteśmy na najlepszej drodze, żeby szkolnictwo wyższe i w ślad za nim nauka polska były nadal postrzegane jako peryferyjne w stosunku do zachodnich centrów wiedzy a polska gospodarka była zapleczem usługowym Europy, a nie innowacyjną i konkurencyjną na skalę globalną.

 

 

Ta negatywna wizja rozwoju szkolnictwa grozi tylko Warszawie i Mazowszu?
Syndrom światła odbitego grozi nie tylko i może nawet nie tyle „Akademickiemu Mazowszu”, co całemu krajowi.


powrót