„Realizacja pozytywnej wizji rozwoju szkolnictwa wyższego zależy przede wszystkich od determinacji i otwartości środowiska naukowego” 2012-05-17
Rozmowa z dr Tomaszem Perkowskim, Top Ekspertem projektu „Akademickie Mazowsze 2030”, autorem opisu przedstawiającego jeden ze scenariuszy wypracowanych w ramach projektu, Wiceprezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Ostatecznym rezultatem projektu „Akademickie Mazowsze 2030” są trzy alternatywne scenariusze przedstawiające rozwój szkolnictwa wyższego Warszawy i Mazowsza do 2030 roku dla systemu Gospodarki Opartej na Wiedzy (GOW).

Tematem rozmowy jest scenariusz pt. „System konkurencyjno–otwarty (Czerwonej Królowej)”. Zdaniem ekspertów projektu, przedstawia on najbardziej pożądaną wizję rozwoju uczelni wyższych z punktu widzenia potrzeb gospodarczych kraju, podnoszenia międzynarodowej pozycji polskiej nauki oraz szans na powstanie w Polsce GOW.

Tłem gospodarczym do spełnienia tego scenariusza jest stabilność gospodarcza oraz szybki wzrost ekonomiczny Polski. Kluczowymi czynnikami warunkującymi zaistnienie pożądanych zmian są odwaga modernizacyjna środowiska akademickiego i rządzących, otwartość na zmiany i konsekwencja w ich wprowadzaniu.

Scenariusz zakłada m.in. powstanie Uniwersytetu Centralnej Europy, uczelni o wysokim poziomie dydaktycznym oraz badawczym. Kształcenie na niej odbywałoby się w języku angielskim, na studiach II i III stopnia. Nowa jednostka miałaby duże znaczenie gospodarcze oraz wysoką pozycję międzynarodową. Wymusiłaby pozytywne zmiany na pozostałych polskich i mazowieckich uczelniach.

Tytuł „Czerwonej Królowej”, nawiązuje do koncepcji popularnej w biologii ewolucyjnej, zakładającej względność każdego postępu. Paradoks tzw. „wyścigu Czerwonej Królowej” polega na tym, iż niezależnie od tego, jak szybko się biegnie, trzeba biec szybciej od innych. W odniesieniu do tematyki scenariusza oznacza to m.in., że dla poprawienia pozycji Polski wśród innych krajów europejskich, potrzebne jest wypracowanie lepszych scenariuszy rozwoju od tych realizowanych w krajach będących w czołówce innowacyjnej oraz szybsze
i efektywniejsze ich wdrażanie.

Szczegółowa prezentacja wszystkich scenariuszy odbędzie się podczas konferencji zamykającej projekt. Planowany termin konferencji – 28 maja br.

Na ile Pana zdaniem prawdopodobny jest ten scenariusz?
Jego realizacja zależy przede wszystkim od konsekwencji i zdeterminowania tych, którzy będą  wprowadzać zmiany, czyli interesariuszy systemu nauki w Polsce. Kluczowe będą także odwaga modernizacyjna rządzących, warunki otoczenia gospodarczego oraz poziom nakładów na badania i edukację.

 

Finansowanie w sensie instrumentów prawnych czy wysokości nakładów?
Instrumenty prawne już mamy. W niczym nie odbiegają od wzorców światowych. Wprowadziła je nowa, przełomowa ustawa o finansowaniu nauki w Polsce (wraz z innymi towarzyszącymi jej ustawami). Teraz wszystko zależy od tego, jak to instrumentarium zostanie wykorzystane. To, w czym najbardziej odbiegamy od krajów Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych to jest  poziom finansowania nauki.

 

Czyli wysokość nakładów finansowych z budżetu państwa?
Tak. Poziom finansowania powinien się zwiększać w następnych latach – i to zarówno w wartościach bezwzględnych, jak i relatywnych w stosunku do PKB. Takie przynajmniej  są deklaracje polityków. Należy jednak pamiętać, że finansowanie sektora B+R powinno w największym stopniu wzrosnąć po stronie przemysłu. W krajach europejskich ok. 2/3 środków na badania naukowe pochodzi właśnie z przemysłu, a 1/3 środków z budżetu państwa.

 

Dlaczego przedsiębiorcy mieliby finansować badania naukowe prowadzone na przykład przez uczelnie wyższe?
Wszystko zależy od tego, czy zwiększenie wydatków na naukę zaowocuje wzrostem innowacyjności, jakości prowadzonych badań oraz jakości edukacji. Jeżeli tak się stanie, to powinno to być czynnikiem, który zachęci przedsiębiorców do inwestowania w naukę. W przeciwnym wypadku przedsiębiorcy nie będą mieli  motywacji do ponoszenia kosztów, które nie zapewnią im godziwego zwrotu poczynionych inwestycji.

 

Jaka w tym rola uczelni?
Kluczowe znaczenie będzie miało to, w jaki sposób uczelnie wyższe będą starały się dopasować do zmian w otoczeniu finansowania nauki. W tym scenariuszu zakładamy, że środowisko naukowe będzie zdeterminowane, żeby zmiany następowały szybko i szły w stronę zwiększenia konkurencyjności i polepszenia jakości badań naukowych i edukacji.

 

Czy nie jest tak, że ten scenariusz jest największym wyzwaniem właśnie dla samego środowiska akademickiego?
Nadal istnieje potrzeba zmian legislacyjnych, np. wprowadzenia zachęt podatkowych dla firm prowadzących lub wspierających prace badawcze i rozwojowe oraz konieczność systematycznego zwiększania nakładów na B+R z budżetu państwa. Wydaje mi się jednak, że ciężar odpowiedzialności za kierunek i tempo rozwoju nauki w Polsce spoczywa w coraz większym stopniu na samym środowisku naukowym. Od tego jak ono zareaguje i jakie cele postawi sobie odnośnie pozycji polskich uczelni wyższych za 20 lat, zależeć będzie powodzenie realizacji tego scenariusza.

 

Jakie to powinny być cele?
Trudno wymyślić coś nowego w tej kwestii. Te cele to wysokie pozycje polskich uniwersytetów w międzynarodowych rankingach, poprawa jakości badań i wizerunku polskiej nauki, współpraca ze środowiskiem biznesowym, podniesienie jakości kształcenia, przyciągnięcie studentów zagranicznych, itp.

 

Jak zrealizować takie cele?
Potrzebna jest determinacja środowiska naukowego i otwartość na realne zmiany. Takim symbolem otwartości w tym scenariuszu jest utworzenie nowej uczelni, nazwanej Uniwersytetem Europy Centralnej (UCE). Taka uczelnia mogłaby powstać  jako wspólne przedsięwzięcie największych uczelni warszawskich, m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Politechniki Warszawskiej, Szkoły Głównej Handlowej, Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, itp.

 

Łatwiej coś tworzyć od nowa niż poprawiać stare?
Uniwersytety są olbrzymimi tankowcami, którym zmiana kursu zabiera dużo czasu. Zamiast je reformować, łatwiej byłoby stworzyć nową jednostką, mniejszą, ale elastyczniej i szybciej reagującą na zmiany w otoczeniu. Ta jednostka wyznaczałaby również kierunki zmian dla całego sektora edukacji wyższej w kraju.  

 

 

Jak wyglądałby taki uniwersytet?
Warunkiem polepszenia jakości badań jest konkurencja. Dlatego wszystkie miejsca pracy badaczy i wykładowców obsadzane byłyby w rzeczywiście otwartym, międzynarodowym  konkursie. Dominowałoby zatrudnienie kontraktowe, którego warunki regulowałaby umiejętność pozyskiwania finansowania zewnętrznego – grantów ze źródeł publicznych i niepublicznych. Językiem wykładowym byłby język angielski. Taka jednostka musiałaby być zarządzana w sposób menedżerski, ale wyznacznikiem osiągnięcia celów postawionych przed kadrą zarządzającą nie byłby oczywiście wynik finansowy a podniesienie jakości badań
i  edukacji.

 

Scenariusz zakłada też, że pracownicy naukowi UCE zdobywaliby liczące się w świecie nagrody naukowe. To realne założenie?
Nie bójmy się poważnych wyzwań. Przy wszystkich zastrzeżeniach, których jestem w pełni świadomy, jednym z celów postawionych przed kadrą zarządzającą mogłoby być np. zdobycie Nagrody Nobla (albo np. Medalu Fieldsa, Japan Prize lub innej nagrody o porównywalny prestiżu) przez jednego z pracowników uczelni przed 2025 rokiem.

 

Kto powinien zacząć mówić o konieczności powołania takie uczelni?
Taka jednostka musiałaby mieć bardzo dobre warunki pracy, badań i studiów, co wymaga sporych nakładów finansowych. Dlatego też uważam, iż powinna ona stać się projektem kluczowym w następnej perspektywie finansowej UE w naszym kraju. Inicjatywa w tej sprawie musi jednak wyjść z warszawskiego środowiska naukowego, a nie od polityków.

 

Jakie korzyści społeczne dla kraju, a przede wszystkim Mazowsza, wynikałby z powstania takiej uczelni?
Jeżeli powstanie taki uniwersytet i osiągnie sukces międzynarodowy, przyciągnie badaczy i studentów zagranicznych, to zmieni on wizerunek całej nauki polskiej. To jedno z jego  głównych zadań.

 

Jeden uniwersytet zmieni opinię o polskiej nauce?
Tak się dzieje na świecie. Pojedyncze, bardzo dobre ośrodki, kształtują opinię o nauce
w danym kraju.

 

A korzyści gospodarcze z funkcjonowania takiej jednostki?
Uniwersytet Centralnej Europy będzie tworzyć spin-offy, przyuczelniane firmy prowadzone przez pracowników uczelni i studentów. We współpracy uczelnia – biznes, to jest bardzo ważne zadanie. Byłoby to miejsce do nawiązywania bezpośrednich i realnych relacji z otoczeniem gospodarczym.

 

Dużo się mówi o konserwatyzmie środowiska akademickiego. Czy zgodzi się ono na takie rozwiązania i zmiany w systemie zarządzania nową jednostką?
To jest oczywiście podstawowa kwestia. Nie tworzyliśmy jednak scenariusza, który byłby najmniej kontrowersyjny, a przez to najbardziej prawdopodobny, tylko taki, który  pozwalałby na wprowadzenie rzeczywistych zmian w obecnym systemie. Nie tylko w Polsce ale też i na świecie uniwersytety nawyzywane są strażnikami wiedzy. Jak wymagać od strażnika, żeby szedł w awangardzie zmian? Sukces w realizacji tego scenariusza będzie zależał od tego, na ile uda się pogodzić konserwatyzm uczelni wyższych z otwartością na zmiany.

 

Mamy jakieś krajowe przykłady współpracy uczelni wyższych przy tworzeniu wspólnej instytucji?
Europejski Instytut Technologiczny Plus. To spółka, której udziałowcami są uczelnie wrocławskie. EIT+ stanowi ciekawy przykład  współpracy różnych uczelni wyższych z jednego miasta. Zamiast konkurować, uczelnie łączą swoje potencjały, aby wyraźniej zaistnieć na międzynarodowym rynku naukowym.

 

Ale czy w obliczu niżu demograficznego, uczelnie nie będę jeszcze bardziej między sobą konkurować, niż współpracować? Konkurować na przykład o studenta, ponieważ za nim idą pieniądze?  
Konkurencja nie jest niczym złym. Wszystko zależy od jej charakteru. Albo będzie to konkurencja o mocno ograniczone zasoby krajowe – finansowe i ludzkie albo podjęcie współpracy pozwalającej na wspólne nawiązanie konkurencji międzynarodowej. Uważam, co również zostało przedstawione w scenariuszu, że na rynku polskim jest jeszcze wiele obszarów do zagospodarowania przez uczelnie wyższe publiczne i niepubliczne (np. long-life learning). Współpraca w tym zakresie, nawet kosztem ograniczenia indywidualnych ambicji, byłaby efektywniejsza niż konkurencja oparta na zasadzie „każdy przeciwko każdemu”.

 

Inaczej musiałby wyglądać system finansowania szkolnictwa wyższego. Co powinno się zmienić?
Prognozowany spadek liczby studentów, oprócz wielu negatywnych konsekwencji, niesie ze sobą także możliwość zwiększenia nakładów na pojedynczego studenta. Samo zwiększenie finansowania ze środków publicznych nie wystarczy jednak do projakościowej zmiany systemu. Niezależnie od tego, jak bardzo delikatnym problem jest wprowadzenie powszechnej odpłatności za studia, nie uciekniemy przed tym tematem. Nie ma zresztą czegoś takiego jak studia odpłatne i bezpłatne. Różnica dotyczy jedynie płatnika –  mówmy o studiach opłacanych ze środków publicznych i ze środków prywatnych.

 

Jak miałoby to wyglądać? Na jakich zasadach rozdzielane byłyby środki publiczne?  
Prawdziwym problemem jest niespójność obecnego systemu. Obecnie znacząco więcej studentów w Polsce płaci indywidualnie za swoje studia niż studiuje za pieniądze publiczne. Musimy mieć jasne reguły, według których środki publiczne trafiają do najzdolniejszych, najbardziej potrzebujących lub studiujących kierunki najbardziej pożądane z punktu widzenia interesów państwa. Jedną z propozycji prowadzących w tym kierunku jest przedstawiony w scenariuszu model uzależniający wysokość dotacji publicznej dla danego kierunku studiów od jakości naukowej i dydaktycznej wydziału, który go realizuje, niezależnie od tego, czy jest to wydział uczelni publicznej czy niepublicznej. Oznaczałoby to, z punktu widzenia studenta, iż studiowanie na takim wydziale jest dla niego „najtańsze”.

 

Taka koncepcja zakłada równy dostęp do finansów z budżetu państwa nie tylko dla uczelni publicznych, ale również dla szkół wyższych niepublicznych.
Fakt, że szkoły niepubliczne nie otrzymują dofinansowywania z budżetu państwa jest pozostałością po PRL-u, gdzie to co prywatne było z gruntu podejrzane. Elementem różnicujących wysokość nakładów i to, do kogo one trafiają, powinna być jakość kształcenia a nie forma własności uczelni. Należy także zwrócić uwagę na gospodarcze zapotrzebowanie na absolwentów poszczególnych kierunków kształcenia.

 

To znaczy?
Są kierunki i na studiach publicznych i niepublicznych, na których liczba studentów jest nieproporcjonalna do zapotrzebowania rynku pracy. Przykładem takiego kierunku jest pedagogika. Przy dramatycznych prognozach demograficznych, kształcimy o jedną trzecią więcej pedagogów, niż średnia dla UE (w sumie 13% ogółu studentów w Polsce, to studenci tego kierunku kształcenia). Trzeba szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kształcenie przyszłych bezrobotnych z budżetu państwa jest  zasadne.  

 

To dlaczego tak bronimy idei „bezpłatnych” studiów?
„Bezpłatne” studia miały umożliwiać wyrównywanie szans, żeby odpłatność za studia nie stanowiła bariery finansowej dla „zdolnych, ale ubogich”. Badania pokazują jednak zupełnie coś innego. Te osoby i tak podejmują studia płatne, ponieważ ze względu na gorszą pozycję startową nie mają możliwości dostać się na studia „bezpłatne”. Zawarta w scenariuszu powszechna odpłatność za studia ma służyć w pewnym, niewielkim stopniu podniesieniu ogólnych nakładów na szkolnictwo wyższe. W większym jednak uzdrowieniu obecnej sytuacji, w której np. uczelniom publicznym bardziej opłaca się rozwijać płatne studia niestacjonarne niż „bezpłatne” stacjonarne. Powinna ona także prowadzić w kierunku racjonalizacji ekonomicznej całego systemu.

 

Czego w związku z tym scenariuszem życzyć przedstawicielom środowiska akademickiego?
Otwartości na zmiany, konsekwencji w ich wprowadzaniu, odwagi.

 

Życzymy.


powrót