„Dyplom uczelni wyższej nie jest przepustką na rynek pracy” 2012-01-30
Rozmowa z dr Małgorzatą Starczewską – Krzysztoszek, główną ekonomistką Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, ekspertem projektu „Akademickie Mazowsze 2030”.

Projekt „Akademickie Mazowsze 2030” integruje różne środowiska, m.in. przedstawicieli biznesu i uczelni wyższych. Jak Pani zdaniem wygląda współpraca pomiędzy biznesem a uczelniami wyższymi?

Projekt dostarcza okazji do bezpośredniego dialogu i wymiany opinii, dlatego współpraca ta wygląda nieźle. Zdecydowanie inaczej ma się generalna sytuacja. Współpracy pomiędzy szkołami wyższymi a biznesem właściwie nie ma.

Na żadnych płaszczyznach?
Jedyna sytuacja, jaką obserwuję, to oczekiwania ze strony szkół wyższych na pieniądze z biznesu. Jak już biznes ma się pojawić na uczelni, to jako sponsor, a nie jako partner.

 

Może przedstawiciele środowiska akademickiego uważają, że to główna, żeby nie powiedzieć jedyna korzyść z takich kontaktów?
Dużą większą wartością byłoby nawiązanie trwałej, merytorycznej współpracy ze środowiskami biznesowymi. Po to między innymi, żeby wzbogacać praktyczną wiedzę studenta. Ludzie z realnej gospodarki mogliby prowadzić wykłady oraz udostępniać możliwość korzystania z wiedzy na miejscu w firmie, na przykład poprzez praktyki. Dobrym rozwiązaniem byłoby tworzenie przez uczelnie rad, w skład których wchodziliby ludzie z biznesu. Służyliby swoim doświadczeniem nie tylko w kształceniu, ale również w zarządzaniu uczelniami.

Uczelnie nie radzą sobie z zarządzaniem?

Zarządzenie uczelniami często jest bardzo dalekie od doskonałości. Pieniądze publiczne, które trafiają do szkoły wyższej, mogłyby być znacznie lepiej wykorzystane.

Dlaczego biznes powinien pomagać w kształceniu?
Przedsiębiorcy na podstawie własnych doświadczeń wied
zą, jakie kierunki i umiejętności powinny być rozwijane. Niekorzystanie z tej wiedzy powoduje, że mamy dzisiaj coraz większy rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami rynku pracy a „finalnym produktem” uczelni – absolwentem. Najbardziej poszkodowani są oczywiście młodzi ludzie.

 

Eksperci projektu „Akademickie Mazowsze 2030” podkreślają, że przedstawiciele biznesu, powinni zasiadać w gremiach przygotowujących programy nauczania. Czy jest to możliwe do zrealizowania?
Niestety w dalszym ciągu część programów kształtowana jest na poziomie centralnym. Najlepiej byłoby gdyby były one tworzone w całości przez uczelnie, ale przy współpracy z przedstawicielami biznesu. Większość pracodawców, z którymi rozmawiam wyraźnie podkreśla, że mimo wykształcenia i zdobytego dyplomu, większość młodych ludzi nie jest przygotowana do podjęcia pracy po studiach, brak im wielu umiejętności, które są poszukiwane na rynku pracy. I kształcą się dopiero w pracy np.: na stażu.



Co daje staż studentowi?
Staże mogą być wartością dla młodego człowieka. Są wprowadzaniem młodych ludzi, na różnym etapie ich edukacji, w życie zawodowe. Pozwalają zdobywać doświadczenie, które procentuje potem na rynku pracy. Dlatego musimy zbudować cały system wspierania firm. Nie zapominajmy, że staże i praktyki są kosztem dla firm. Duża część z tych kosztów nie stanowi kosztu uzyskania przychodu. Nie dość, że firma je ponosi, to jeszcze musi zapłacić od tego podatek.

 

Ale czy to nie jest tak, że staże zmierzają w trochę innym kierunku? Trudno w ogóle mówić o jakimś systemie, skoro większość firm traktuje stażystów jak tanią siłę roboczą do zajęć, którymi nikt w firmie nie chce się zajmować. A system wygląda tak, że co trzy miesiące wymienia się stażystów na nowych. Chyba nie tak to powinno wyglądać?

Ostatnią rzeczą, która powinna spotkać młodego człowieka wchodzącego na rynek pracy, to tego typu praktyki firm. Po prostu muszą spotkać się wszystkie strony: decydenci, biznes, uczelnie wyższe i zastanowić, jakie rozwiązania stworzyć. Co zrobić, żeby zmotywować przedsiębiorstwa do profesjonalnego prowadzenia praktyk i staży? Z drugiej strony system powinien umożliwiać wyłapywanie nieuczciwych lub nieprofesjonalnych firm. Mogłyby one trafiać na tzw. czarną listę firm, zamieszczaną na uczelni.

Możliwe jest zbudowanie takich rozwiązań i porozumienia się wszystkich stron?
Wszystko jest możliwe pod warunkiem, że interesariusze chcą współpracować i podobnie postrzegają cele, które ta współpraca ma przynieść. Dzisiaj nie ma systemu wspierania wzajemnych relacji miedzy uczelniami a przedsiębiorstwami. A bez tego zapewne trudno będzie z tą współpracą ruszyć.


A kto powinien zbudować taki system? Uczelnie same ustalą go z biznesem, czy potrzebują pomocy rządu?
Jestem absolutnie za decentralizacją. Jeżeli narzucimy jakiś system, to jedni i drudzy – i uczelnie i biznes - będą to traktować jak urzędniczy obowiązek. Decyzje administracyjne mogą co najwyżej otworzyć furtki – powiedzieć uczelniom, że mają stworzyć rady złożone z przedstawicieli biznesu. Resztę zostawmy podmiotom zaangażowanym w system.

 

Który z tych podmiotów powinien rozpocząć dialog?
W tym przypadku pierwszy krok należy do uczelni. Uczelnie powinny  zaprosić przedstawicieli biznesu do rad. W jaki sposób to zrobią, kto to będzie, jakie firmy, jaki system wypracują, to już należy pozostawić uczelniom i biznesowi. Moim zdaniem, szkoły wyższe przede wszystkim powinny zacząć współpracę z przedsiębiorstwami w regionie, w którym funkcjonują. Każdy region może mieć własną specyfikę. Dlatego modele współpracy powinny być budowane przede wszystkim na poziomie regionalnym.


A czy nowa ustawa o szkolnictwie wyższym wspomaga te obszary? Mówi coś o współpracy uczelni z biznesem?
Nowa ustawa koncentruje się zupełnie na innych rzeczach. Jest jednak jakimś krokiem w dobrym kierunku. Jednak nie tworzy ciągle rozwiązań, które były początkiem budowy relacji uczelni ze światem zewnętrznym. Niewiele uczelni publicznych ma takie praktyki. Moim zdaniem ta, która jako pierwsza się odważy na systemowe rozwiązanie i rozpocznie szeroką współpracę z biznesem , na pewno zostanie zauważona.


Może powinno zmienić się też podejście do samego studenta?
Zdecydowanie tak. Wzorem firm, które nie mogą funkcjonować bez klientów. Uczelnie też powinny traktować swoich studentów jak klientów.

Środowisko się oburzy. Który wykładowca, szczególnie uczelni publicznej, będzie traktował studenta jak klienta?
Znam środowisko akademickie. Zdecydowanie nie jest ono skłonne do uznania studenta jako klienta – który wymaga jakości i dostosowania programu do potrzeb rynku pracy. Jednak czekający uczelnie niż demograficzny zweryfikuje takie podejście.

 

Istnieje jednak inne ryzyko. Student-klient może mieć zamówienie na niską jakość kształcenia, po prostu z lenistwa.
Dlatego problem jest tak trudny. Ale oznacza to, że do zadań pracowników naukowych uczelni, wykładowców musi należeć także, a może przede wszystkm motywowanie studentów do tego, aby chcieli więcej, bo to leży w ich interesie. Od tego zależy ich wejście na rynek pracy, a potem kariera zawodowa.

 

Czy z braku współpracy pomiędzy środowiskiem akademickim a biznesowym wynika bezrobocie wśród młodych ludzi? Czego pracodawcy potrzebują od absolwentów uczelni wyższych?
Prowadziłam badanie, w którym zapytałam pracodawców, jaką wartością jest dla nich zatrudnienie młodego człowieka, a jaką osoby dojrzałej. W przypadku młodych ludzi takimi wartościami są mobilność, znajomość języków obcych, umiejętność sprawnego poruszania się po internecie, itp. Natomiast w przypadku dojrzałych pracowników, to doświadczenie, umiejętności, znajomość firmy, umiejętność budowania relacji. Oczywiście dojrzały pracownik to droższy pracownik, ale mamy twarde dane, że w tej grupie jest dużo niższe bezrobocie. Kompetencje, którymi dysponują starsi, doświadczeni pracownicy mają dla pracodawców dużo większe znaczenie.

 

Ale ci młodzi gdzieś muszą zdobyć doświadczenie. Jak mają to zrobić?
To właśnie zadanie systemu, o którym mówiłam. Musimy go zbudować, pomóc młodym ludziom jak najszybciej zdobywać doświadczenie. Musimy mówić im wprost – trzeci, czwarty rok studiów to czas, żebyście podejmowali staże i praktyki zawodowe. Nie czekajcie do końca studiów. Idźcie do pracy i nie szukajcie jej po kątem wysokich zarobków, ale tego czego możecie się nauczyć.

 

Młodzi ludzie odpowiedzą – dyplom uczelni wyższej jest naszym atutem na rynku pracy.
Zwykła uczciwość nakazuje mi odpowiedzieć, że tak nie jest. Młodzi muszą usłyszeć, że sytuacja wygląda tak, że przed ukończeniem studiów muszą zdobyć jakieś doświadczenie zawodowe. To, jak szybko odnajdą się na rynku pracy, zależy w znacznej mierze od nich. Od tego jak szybko zechcą, czasami za niewielkie albo żadne pieniądze, uczyć się i pracować.

 

Obowiązuje to nawet prymusów?
Piątkowe dyplomy nie są przepustką na rynek pracy. Widzę to po moich studentach. Ci trochę słabsi, ale odbywający praktyki, zostali w firmach lub swobodniej poruszają się po rynku pracy. Ci, którzy całe pięć lat studiowali jak Pan Bóg przykazał i otrzymali dyplom
z wyróżnieniem, mają większe problemy ze znalezieniem pracy. Spotykam ich po roku i oni ciągle nie mają pracy. Są zniechęceni i mają pretensje.

 

Do kogo?
Nikt im na uczelni nie powiedział, że studiując muszą równolegle zdobywać doświadczenie zawodowe, chociażby poprzez staże.



powrót