„Możemy skutecznie kształcić zagranicznych studentów” 2012-01-11
Rozmowa z prof. Witoldem Bieleckim, Rektorem Akademii Leona Koźmińskiego, członkiem Rady Programowej projektu „Akademickie Mazowsze 2030”.

W artykule opublikowanym w Rzeczpospolitej pisał Pan o młodych absolwentach uczelni wyższych. Dlaczego brakuje im wystarczającej wiedzy i umiejętności, żeby odnaleźć się na rynku pracy?

Trudno winić za to samych absolwentów. Tylko częściowo sami za to odpowiadają, że podczas studiów nie zdobyli kwalifikacji poszukiwanych na rynku pracy. Dziś oferta edukacyjna jest bardzo szeroka i urozmaicona pod względem finansowym czy lokalizacji uczelni. Daje to praktycznie każdemu maturzyście możliwość nauki na studiach licencjackich. Mamy jeden z najwyższych w Europie wskaźnik skolaryzacji w grupie 20-29 lat, który wynosi ponad 30 proc. Problem w tym, że oferta edukacyjna nie jest dość zróżnicowana merytorycznie i aż 40 proc. studiuje kierunki z obszaru nauk społecznych. Nie trzeba wielkich analiz, żeby stwierdzić, że struktura jest błędna.

Może dlatego nikogo nie powinien dziwić widok, wspomnianego przez Pana, absolwenta studiów wyższych jako kasjera w supermarkecie? Wybrał słabą uczelnię, nie chciał się uczyć i tyle. Chciał tylko dostać dyplom ukończenia szkoły wyższej, bo jego średnio uzdolniony kolega też ma.
I już nikogo taki widok nie dziwi. Problem w tym, że rzeczywistość rozmija się z oczekiwaniami studentów i ich rodzin. Osoby te uważają, że aby zostać sprzedawcą w sklepie nie trzeba było iść na studia, bo nawet matura to może za duże kwalifikacje do takiej pracy. Tymczasem to nie jest prawda, bo czasy się zmieniły i kasjer w supermarkecie to dziś często pracownik międzynarodowej korporacji, która wymaga chociażby znajomości angielskiego. Nawet w słabej uczelni można się jednak czegoś nauczyć, byle urealnić swoje oczekiwania co do wartości łatwo uzyskanego dyplomu.

 

W masowość dyplomu wpisane jest ryzyko jego dewaluacji?
Oczywiście. Nie da się przy pomocy tych samych zasobów kadrowych, lokalowych, czyli tak zwanej bazy dydaktycznej, wyprodukować dowolnie dużo absolwentów. Poprzez takie drenowanie zasobów w ostatnich latach najwięcej straciły uczelnie publiczne o uznanej marce. Dyplom Uniwersytetu Warszawskiego miał kiedyś bardzo wysoką wartość. Dziś już pracodawcę interesuje, czy absolwent tej uczelni ukończył studia płatne czy bezpłatne, bo jest między nimi różnica jakościowa.

 

A może zawiniło coś innego? System kształcenia?
Z pewnością cały system nie jest projakoścowy. Uczelnie takie jak nasza, które postawiły na jakość kształcenia, nie otrzymują z tego tytułu żadnych preferencji czy zachęt o charakterze systemowym. Przypuszczam, że proponowana przez Panią Minister Barbarę Kudrycką subwencja projakościowa, która ma wynieść 230 mln zł rocznie, nie rozwiąże tego problemu. Jakość kształcenia powinna być regułą dla finansowania studiów z budżetu państwa, a nie wyjątkiem.

 

Jak kształcą polskie uczelnie? Czego im brakuje poza pieniędzmi?
Pieniądze nie są antidotum na wszystko. Dzięki nim można stworzyć nowoczesną infrastrukturę, zatrudnić znakomitą kadrę (w tym zagraniczną), zapewnić  studentom atrakcyjne praktyki prowadzić interesujące badania, itd. Innymi słowy zapewnić wysoki poziom nauczania. Można je też łatwo zmarnować, jeśli nie potrafi się nimi mądrze gospodarować.

 

Jaki jest profil współczesnego młodego magistra?
Przeciętny magister jest dzisiaj gorzej wyedukowany niż ten sprzed 20 lat. Mimo to uważam, że masowość wyższego wykształcenia jest jednym z największych sukcesów polskiej transformacji. Dwa miliony studiujących i ciągle duży popyt na edukację w dłuższej perspektywie tworzą przewagą konkurencyjną Polski na tle Europy.

 

Jaki był absolwent uczelni wyższej 10 lat temu?
10 lat temu absolwent wyższej uczelni był częściej magistrem. Dziś, dzięki trzystopniowemu systemowi kształcenia wiele osób kończy studia na poziomie licencjata. Natomiast za 10 lat będzie rósł udział absolwentów trzeciego stopnia kształcenia - studiów doktoranckich.

 

Jak polskie uczelnie wyglądają na europejskim rynku edukacyjnym?
Nie najgorzej. Mamy umiarkowane osiągnięcia w dziedzinie badań podstawowych, ciągle niezadowalający poziom cytowań Hirscha, ale dobre wyniki kształcenia. Potrafimy wykształcić nie tylko świetnych inżynierów i lekarzy, ale też księgowych, finansistów, specjalistów od zarządzania, matematyków.

 

Dlaczego na polskich uczelniach mamy tak mało studentów zagranicznych?
To bardzo dobre pytanie. Nasze uczelnie są po prostu nieznane na świecie. Ich nazwy mało komu coś mówią. Owszem, istnieje taki pogląd, że w krajach byłego bloku wschodniego warto studiować medycynę. Ale czy to jest Bułgaria, czy Polska to dla potencjalnych kandydatów ze świata wszystko jedno. Marki poszczególnych uniwersytetów i akademii nie są znane. Pod tym względem Akademia Leona Koźmińskiego stanowi wyjątek. Jako jedna z dwóch polskich uczelni występuje w rankingach „Financial Times”, uzyskała międzynarodowe akredytacje AACSB, EQUIS, AMBA. CEEMAN. Dzięki temu staliśmy się znani i zaczęliśmy przyciągać kandydatów na studia z całego świata. Dziś 30 % studentów studiów stacjonarnych stanowią cudzoziemcy z 57 państw.

 

Jakie korzyści miałaby Polska z większej liczby studentów zagranicznych?
Globalny rynek edukacji ma dziś charakter otwarty i każdy kraj stara się pozyskać jak najwięcej zagranicznych studentów. Do najbardziej atrakcyjnych pod tym względem państw niezmiennie należą Stany Zjednoczone. Gospodarka amerykańska czerpie z tego tytułu bardzo wymierne korzyści. Zagraniczni studenci wydają w USA 6 mld dolarów rocznie, a najzdolniejsi zostają w tym kraju. Nawet poszczególne miasta amerykańskie konkurują między sobą o najlepszych studentów i stwarzają absolwentom możliwości startu w biznesie. W długofalowej strategii przekłada się to na wzrost przychodów z podatków. W tym światowym konkurowaniu o studenta Polska nie powinna zostawać w tyle, zwłaszcza, że jak już wspomniałem, umiemy dobrze kształcić w różnych specjalnościach. Natomiast w krótszej perspektywie, dzięki cudzoziemcom polskie uczelnie poradzą sobie z narastającym w kraju niżem demograficznym. Szkoda, że ciągle wielu cudzoziemców ma poważne problemy wizowe.

 

W jaki sposób państwo może pomóc polskim uczelniom wyższym w otwieraniu się na studentów zagranicznych, w zdobywaniu studentów zagranicznych?  
Najpilniejsze wydają się wspomniane ułatwienia wizowe. Studenci zagraniczni powinni być również traktowani, pod względem dostępu do rządowych stypendiów naukowych i socjalnych, tak jak krajowi. Brakuje mi też większych programów promocji polskich uczelni realizowanych przez ambasady i konsulaty oraz projektów typu „Study in Poland”. Póki co, same uczelnie zabiegają o studentów ze świata. Na rynku chińskim działa np. Konsorcjum Boyma, w którym uczestniczy również Akademia Leona Koźmińskiego.

 

Co sama uczelnia powinna zrobić, żeby studenci zagraniczni chcieli się na niej kształcić?
Uczelnia musi mieć przede wszystkim ofertę edukacyjną dla cudzoziemców, a więc pełne programy w języku angielskim. Obok tego powinna stworzyć środowisko przyjazne cudzoziemcom, w tym nawigację po uczelni, angielskojęzyczną administrację. Uczelnia musi również zadbać o własną promocję, ale polegającą na rzetelnej i wiarygodnej prezentacji osiągnięć. Nie wystarczy przygotować plakat z napisem: jesteśmy najlepsi, działamy już 200 lat. Trzeba udowodnić, dlaczego jesteśmy najlepsi dzisiaj i wykazać, że będziemy tacy również jutro.


powrót