Generalna zasada finansowania edukacji wyższej jest taka, żeby starczyło mniej więcej wszystkim na wegetację 2011-08-25
Rozmowa z prof. Sławomirem Podlaskim, top-ekspertem projektu Akademickie Mazowsze 2030, pracownikiem naukowym Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Jak wygląda system finansowania polskich uczelni wyższych? Skąd biorą pieniądze?
Uczelnie otrzymują pieniądze z dwóch źródeł. Pierwsze źródło to tzw. dotacja dydaktyczna, która jest uzyskiwana w oparciu o specjalny algorytm ministerialny. Drugi rodzaj pieniędzy stanowią dotacje na działalność statutową, m.in. na badania naukowe, rozwój kadry, itp.  

Na czym polega algorytm ministerialny?
70 procent pieniędzy, które otrzymuje uczelnia w danym roku przenoszonych jest
z poprzednich lat. Oznacza to praktycznie utrwalanie istniejącego stanu. Tylko 30 procent pieniędzy jest dzielone według dodatkowych kryteriów, takich jak liczba pracowników naukowych, liczba studentów. Oczywiście pracowników wartościuje się w zależności od tytułu naukowego.

To dobre kryteria?
W zasadzie dotacja na działalność dydaktyczną jest determinowana przez liczbę studentów oraz przez liczbę i jakość pracowników. Uczelnie robią zatem wszystko, żeby przyciągnąć jak najwięcej studentów i oczywiście jak najmniej ich wyrzucać. 

A co z jakością nauczania?
To właśnie jest problem. Powinniśmy dążyć do podnoszenia jakości, a pieniądze idą według ilości. Dochodzi zatem do takich sytuacji, jak na przykład ostatnio w Koszalinie. Dziekan wydziału protestował tam przeciwko złemu ocenianiu studentów przez jednego
z pracowników. Twierdził, że jeżeli wyrzuci się za dużo studentów, to uczelnia nie będzie mieć pieniędzy. Najwyższy zatem czas, żeby wprowadzić jakiś parametr projakościowy do systemu finansowania.

Czyli to nie jest tylko kwestia niskich nakładów finansowych na szkolnictwo wyższe, ale również złego systemu przydzielania tych pieniędzy?
Tak jest. Generalna zasada przydziału pieniędzy jest taka, żeby starczyło mniej więcej wszystkim na wegetację. Nowa ustawa wprowadza wprawdzie pewne elementy różnicujące uczelnie. Choćby system KNOW, czyli Krajowych Naukowych Ośrodków Wiodących, które otrzymają dodatkowe pieniądze na badania.

Na poprawę jakości kształcenia w szkołach wyższych idą bardzo duże pieniądze z Unii Europejskiej oraz budżetu państwa. Jak to wygląda i czy zdaje egzamin?
Wydatki budżetowe w zakresie szkolnictwa wyższego przeznaczone są głównie na wydatki bieżące, finansowane w zasadniczej mierze w formie dotacji podmiotowych na realizację zadań dydaktycznych oraz pomocy  materialnej dla studentów i doktorantów. W ustawie budżetowej na rok 2011 wydatki na szkolnictwo wyższe (łącznie z wydatkami budżetowymi przeznaczonymi na współfinansowanie projektów z udziałem środków UE i wydatkami budżetu środków europejskich) zaplanowano na poziomie około 12,5 mld zł. W ramach tej kwoty wydatki budżetowe przeznaczone na współfinansowanie projektów z udziałem środków UE i wydatki budżetu środków europejskich wynosić będą około 0,1 mld zł.

Jak w Pana opinii powinien wyglądać optymalny system finansowania szkolnictwa wyższego?
Taki system musiałby uwzględniać dwa parametry jednocześnie. Oczywiście liczbę, bo każdy student kosztuje, ale również parametr jakościowy do oceny. Takim parametrem mogłaby być na przykład ocena Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która opiniuje jakość dydaktyki. Te uczelnie, które otrzymywałyby ocenę wyróżniającą, co oznacza dydaktykę na bardzo wysokim poziomie, mogłyby dostawać więcej pieniędzy. Zastanawiam się również, czy porównanie liczby studentów przychodzących na uczelnią do liczby kończących, nie jest jakimś kryterium.  Wskazuje m.in. na siłę selekcji w poszczególnych uczelniach.
 
A według jakich kryteriów ocenia się jakość dydaktyki na uczelni?
W zasadzie jedynym kryterium jest ocena Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Oprócz tego powinny istnieć jakieś wewnętrzne systemy oceny jakości nauczania, ale to właściwie dopiero się tworzy. Ustawa wymaga, żeby uczelnie od następnego roku akademickiego wprowadziły wewnętrzny system oceny jakości.

Na czym to będzie polegać?
Między innymi na ocenie jakości zajęć. Studenci poprzez ankiety będą oceniać swoich wykładowców. Dalej na stworzeniu specjalnych rad wspierających tworzenie programów nauczania. Rady te będą współtworzone przez praktyków. Oceniana także będzie współpraca zagraniczna, porównanie programów uczelni polskich z zagranicznymi, itp. 

Co oznaczałby dla uczelni inny system finansowania, kładący bardziej nacisk na jakość?
Przede wszystkim powstałaby presja na jakość dydaktyki. Obecnie czynnikiem, który decyduje o funkcjonowaniu katedr jest pensum dydaktyczne. Cała istota kształcenia polega na tym, że jest to głównie interes nauczyciela. Natomiast w mniejszym stopniu jest reprezentowany interes studenta.

Dlaczego interes nauczyciela?
Jeżeli istnieje pensum, to rozwój katedry, przyjęcie nowych pracowników zależy od liczby godzin dydaktycznych. Istniej naturalna presja pracowników dydaktycznych, żeby rozciągać zajęcia. Czasami zupełnie niepotrzebnie i bezzasadnie. Dydaktyka zaczyna czasami iść
w zupełnie innym kierunki niż powinna.

Ustawa nie znosi pensum, a czy sama uczelnia może to zrobić?
Rektorzy niby mogą znieść pensum, ale zdecydowana większość nie chce się w to angażować. Nie ma bodźców, które wspomagałyby rozwój programu nauczania. Jeżeli dziekan jest słaby, nie ma wiedzy o tym co się dzieje za granicą, to w zasadzie program nauczania „dryfuje” i nie koresponduje z rozwojem świata zewnętrznego.

Zatem główne wady istniejącego systemu finansowania to?
Brak projakościowych kryteriów oceny dydaktyki. Niskie finansowanie uczelni, to również należy podkreślić. Taki system daje także przyzwolenie na konserwatyzm środowiska akademickiego. Przyzwolenie na brak rozeznania odnośnie trendów dydaktycznych, które mają miejsce za granicą. Oznacza to w praktyce brak odwagi modernizacyjnej. Władze, rektorzy, dziekani nie chcą się angażować w jakieś istotne zmiany, ponieważ nie chcą się narażać. Wygodniej jest jak jest.

Czyli co to oznacza, że pokolenia muszą się zmienić?
Nie. Zmienia się zewnętrzna sytuacja i na szczęście zmienia się w kierunkach niesprzyjających dla szkolnictwa wyższego. Chociażby niż demograficzny, naciski Unii Europejskiej na wprowadzenie krajowych zmian kwalifikacji. To wszystko powoduje, że uczelnie będą musiały dostosować się do zmian zewnętrznych. 


powrót